Opowieść o Czarnej Księżnej i rajskiej naleweczce

Dziś zamiast przepisu chcielibyśmy opowiedzieć wam bajeczkę. Bajeczka, inspirowana opowiadaniem Gustawa Morcinka, jest w naszej wersji oczywiście krotochwilna, bo tylko takie treści powstają, gdy opowieść jest zakrapiana nalewkami. A stworzyliśmy ją na prośbę projektu Lufcik na korbkę, który postanowił opowiedzieć całej Polsce górnośląskie bery i bojki, tłumacząc je z naszego na polski. Spieszymy zatem i my z własną, malutką cegiełką, gdyż inicjatywę tę pochwalamy!

Rzecz dzieje się oczywiście dawno, dawno temu i w bliżej nieokreślonej przeszłości. Na cieszyńskim zamku mieszkała wówczas Czarna Księżna. Zyskała ona swój przydomek ze względu na osobliwy sposób ubierania się (nietrudno zgadnąć jaki kolor był dominujący w jej garderobie). Dziś zapewne nazwalibyśmy ją Gotką lub Emo, może zresztą była jedną z pierwszych reprezentantek którejś z tych subkultur, co tłumaczyłoby jej dystansowanie się do świata. Jak bowiem inaczej tłumaczyć, że w wieku w którym była (kobiet o wiek się nie pyta, więc powiedzmy, że… słuszny) nadal nie znalazła męża?

Wielu uważało, że winien jest jej charakterek, Księżna była bowiem fałszywa jak moneta trzyzłotowa i słodziutka niczym karmelek z arszenikowym nadzieniem. Nieżyczliwi chętnie zrzucali jej frustrację na karb przedłużającego się staropanieństwa lub zbyt małej ilości spożywanego alkoholu, a jak wiadomo niepijący jest zawsze podejrzany.

Na skutek irytująco silnej presji społecznej Księżna postanowiła urządzić casting na męża. Takie wieści szybko się wówczas rozchodziły pocztą pantoflową, nic dziwnego, do wzięcia była przecież spora fortunka i władza. Pannę się oćwiczy raz czy drugi i będzie chodziła jak w zegareczku – myśleli spieszący w konkury kawalerowie, nie docenili jednak przyszłej panny młodej, ta wymyślała bowiem najdziwaczniejsze zadania, które wykonać mieli kawalerowie. Wymieńmy tylko kilka – spacer po linie w pełnej zbroi, krojenie sera w półprzezroczyste plasterki mieczem, własnoręczne uszycie sukni balowej i wystąpienie w niej publicznie, ukatrupienie jelenia za pomocą ryby czy tradycyjna średniowieczna gra w trzy pytania.

Mieszkańcy Cieszyna jeszcze nigdy się tak dobrze nie bawili, jednak był to śmiech przez łzy, bowiem nadal nie zanosiło się, że pojawi się na zamku jakieś małowymiarowe książątko, a zegar biologiczny Księżnej tykał tak głośno, że zaczęło go być słychać już w sąsiednich krainach.

Przyjrzyjmy się jednak bliżej motywacji naszej panny na wydaniu, czemu tak stroniła od zamążpójścia? Współczesne kobiety szukają zwykle księcia z bajki, Księżna miała nieograniczony dostęp do książąt, dlatego też liczyła na coś więcej niż przeciętny książę, czekała na znak z nieba (czy też z piekła, dziś trudno dociec). Znakiem tym miało być słodkie jak miód rajskie jabłko oraz czarny kruk (bynajmniej nie chodziło o rarytas wydawniczy), który w momencie spotkania z przeznaczonym jej mężczyzną, usiądzie na lewym ramieniu Księżnej:

„Gdy nasza praprawnuczka ugryzie jabłko z rajskiej jabłoni, nie będzie ono kwaśne niczym ocet siedmiu złodziei, lecz słodkie jak beczka miodu. Atoli wtedy, nasza praprawnuczka nareszcie ujrzy na swym lewym ramieniu kruka, a przed sobą oblubieńca długo oczekiwanego.”

Była to przepowiednia i jednocześnie wola jej prapradziadka, Heliodora III, który pod koniec życia wyraźnie cierpiał na urojenia oraz prawdopodobnie także schizofrenię, zapisano ją jednak w testamencie, więc nie było rady, trzeba było czekać. Księżnej ten dziwaczny nakaz wydał się całkiem praktyczny, sama była bowiem sobie sterem, żeglarzem i okrętem, mogła robić, co tylko chciała, oczywiście w ramach przyjętych wówczas norm.

Czasy były ciężkie, radia ani telewizji nikt jeszcze nie wymyślił, o internecie nie wspomnę, a czas trzeba było jakoś zabijać. Kiedy więc Księżna znudziła się zabawą z potencjalnymi narzeczonymi, udała się do nadwornego poety i uczonego. Snuł on opowieści o beskidzkiej puszczy i rosnącej tam rajskiej jabłoni, dającej owoce malutkie i kwaśne, ale tak aromatyczne, że miejscowi górale wyrabiali z niej nalewki słynne na cały świat (pamiętajmy jednak, że wówczas świat nie był aż tak wielki jak dziś). Księżna nie piła, myślała jednak o zrobieniu rajskiej konfitury do herbaty, w sam raz na długie, zimowe wieczory.

Razem ze swoimi damami dworu oraz łucznikami pełniącymi funkcję osobistych ochroniarzy, Księżna wybrała się w góry. Kierując się wskazówkami Archimedulesa znalazła polankę, na której rosła rajska jabłoń. Drzewo było naprawdę zjawiskowe, jednak dopiero to, co się działo pod nim zaparło przybyszom dech w piersiach. Otóż siedziała tam spora grupa rozbójników, którzy zamiast zwyczajowo liczyć zrabowane dukaty czy dzielić się złupionymi kosztownościami śpiewali nabożne psalmy. Taki widok może przywrócić wiarę najbardziej nawet zagorzałemu ateiście.

Księżna podeszła do jabłonki udając całkowitą obojętność wobec tego dziwu i poprosiła herszta, by zerwał dla niej jabłuszko, ponieważ musi sprawdzić, czy nadaje się ono na przetwory. W momencie, gdy Ondraszek spełniał prośbę, na jej ramieniu usiadł kruk. Na tym nie koniec niezwykłości, gdy księżna skosztowała jabłka okazało się, że wcale nie jest kwaśne, lecz słodkie niczym miód, dokładnie tak, jak w przepowiedni pradziadka. A zatem sprawa była przesądzona, zamiast konfitury będzie ślub.

Wszyscy zgromadzeni natychmiast rzucili się na jabłoń, chcąc skosztować owoców i sprawdzić, czy rzeczywiście są tak słodkie i smaczne. W kilka sekund oblepili drzewo niczym szarańcza. W tej drzewnej ciżbie można było zobaczyć ledwie zarysy smakoszy jabłuszek – dworzan i zbójników, a także wilków, niedźwiedzi, orłów i żmij i wszelkiego okolicznego stworzenia. Wcześniej między ludźmi a zwierzętami panowała zgoda, jednak po tym niechlubnym incydencie nie można było mówić o jakiejkolwiek przyjaźni. A już najbardziej pokłóceni byli ze wszystkimi górale, którzy dbali o drzewko i każdego roku przychodzili tu zbierać owoce na swe przepyszne nalewki. Kiedy zobaczyli, że z ich wspaniałej jabłoni zostały tylko drzazgi oznajmili, że na weselu się nie stawią i stawiać też niczego nie będą, a skoro dworzanie i zbóje są tacy niepohamowani w jedzeniu i piciu, to niech weselne mięsiwo popijają oranżadą.

 

Księżna po powrocie na zamek natychmiast kazała zaprowadzić narzeczonego do cyrulika, był bowiem ciekawa, jak on właściwie wygląda. Odrobina balwierskiej magii, a także wielogodzinne szorowanie, rozplątywanie kołtunów, mycie, golenie, wygniatanie wszy, dalsze mycie i szorowanie odkryło wreszcie pod wieloletnią warstwą brudu całkiem przystojnego przyszłego księciunia.

Już wkrótce w Cieszynie odbyło się huczne weselisko, na którym wszyscy bawili się jeszcze lepiej niż przy castingu na męża. Jedli, pili i śpiewali, wprawdzie nalewki z rajskich jabłuszek zabrakło, na pocieszenie była jednak jarzębinówka, czeremchówka, dereniówka oraz lipniak. Zjedzono czterdzieści wołów, pięćdziesiąt jagniąt, kilkaset gęsi i indyków, wypito dwieście beczek wina i trzysta butelek nalewek, a pojawiającej się znikąd księżycówki, nikt by nie zliczył. Czarna Księżna zdarła trzy pary trzewiczków podczas tańca, nadal nie piła, na szczęście jej małżonek pił za dwoje. Natomiast cieszyńscy mieszczanie byli jeszcze przez trzy dni pijani i robili rumor na ulicach wykrzykując życzenia wszelkiej pomyślności młodej parze. Przez te harce nie stawili się oczywiście w pracy. Ponieważ jednak nikt wówczas nie był zatrudniony na umowę o pracę, a ekonomiści nie martwili się o poziom PKB, nikogo to specjalnie nie obeszło. Było za to potem co przez długie lata opowiadać wnukom, a opowieść z czasem stawała się coraz barwniejsza.

20140928-P1210256

 

Wykorzystano fragmenty następujących filmów i seriali oraz jednego spektaklu telewizyjnego:

  1. South Park, odc. 181: The Ungroundable, też. T. Parker, USA 2008.
  2. Hydrozagadka, reż. A. Kondratiuk, Polska 1970.
  3. Monty Python i Święty Graal, reż. T. Gilliam i T. Jones, WB 1975.
  4. The Simpsons, odc. 262: New Kids on the Blecch, reż. S. Moore, USA 2001.
  5. Igraszki z diabłem, reż. T. Lis, Polska 1979.
  6. Piękna i Bestia, reż. K. Wise, G. Trousdale, USA 1991.
Advertisements